Według tematów:  

   

Znajdź na stronie  

   

Prośba do Ciebie  

 

Fundacja różańcowa

 Wesprzyj naszą Fundację 
dowolną kwotą:
 


Przeczytaj więcej o naszych celach

 Bezpieczny przelew przez transferuj.pl i Paypal
Inne formy wsparcia – zobacz!

   

Odpowiedz na pytanie:  

Jak powinien postępować katolik wobec promocji zagrożeń duchowych w mediach?

Należy zachować obojętność - 6%
Wystarczy modlić się i pościć - 26.4%
Trzeba publicznie protestować - 67.6%

Ilość głosów: 386
   

O naszym patronie  

   
   

Ojciec ubogich – Święty Marcin de Porrès

Szczegóły

Marcin de PorresFragmenty książki "Ojciec ubogich – Święty Marcin de Porrès"

Niechciany ciężar

Marcin oczywiście miał skłonność do życia w cieniu i pozostawania niezauważonym. To, że szukano kontaktu z nim ze względu na jego mądrość, stanowiło ciężar dla jego skromności i pokory. Miał on pewną wieloletnią znajomość z księdzem, Felicianem de Vega, któremu udało się awansować z pozycji generalnego wikariusza Limy aż na stanowisko biskupa La Paz, aż wreszcie został wyznaczony arcybiskupem miasta Meksyk. Pewnego razu, będąc posłusznym bezpośredniemu rozkazowi przełożonego, Marcin wziął udział w kolacji wydanej przez wdzięcznego arcybiskupa, któremu wcześniej tak często doradzał, a który akurat był z wizytą w Limie. Prałat z całego serca pragnął spotkać się z Marcinem i okazać mu, jak wielkim darzył go szacunkiem. Prawdopodobnie gośćmi na kolacji było też wiele ważnych osobistości, które także pragnęły ujrzeć tego skromnego dominikanina nie mniej niż sam arcybiskup. 

 

Nie była to jednak pożądana sytuacja dla biednego tercjarza. Służący oczekiwali go przy stole. Starając się nie być nieuprzejmym, Marcin odprawił ich tak szybko, jak tylko było to możliwe i uciekł do domu, gdzie zaczął energicznie zamiatać najbardziej opuszczone zakątki klasztoru. Jeden z zakonników ujrzał go i pomyślał, jak bardzo byłoby przydatne dla arcybiskupa, gdyby ten mógł mieć człowieka o takich cnotach w swoim domostwie. Zaproponował więc, aby Marcin poważnie rozważył zaszczyt a nawet otrzymanie dyspensy, aby otrzymywać święte rozkazy.

– Drogi bracie, wiesz, że nie zasługuję na taki honor! – odpowiedział jednak Marcin. – Arcybiskup jest bardzo hojnym człowiekiem, skoro dopuszcza mnie do swojej osoby, zwłaszcza że jestem sam tak niskiego pochodzenia, a moje zachowanie jest tak proste i pozbawione manier. Raczej wolałbym pozostać służącym pomiędzy moimi braćmi, niż robić cokolwiek innego.

Marcin użył nawet raz swojej mądrości, aby odegrać rolę detektywa. Niewinny zakonnik dominikański został oskarżony strasznym zarzutem. Było to świetnie wymyślone oszczerstwo, które zostało przygotowane z taką wprawą, że zmyliło nawet wprawnych sędziów. Gubernator prowincji skazał zakonnika na więzienie. Marcin, który wierzył, że mężczyzna jest niewinny, miał także swoje podejrzenia. Postanowił więc poprowadzić śledztwo i zająć się tą sprawą na własną rękę. Następnie udał się do władz, ujawniając misternie utkaną intrygę i udowadniając, że oskarżony człowiek jest niewinny. Nikczemny intrygant zaś został zatrzymany i zajął miejsce zakonnika w więzieniu. 



Cuda

Chociaż święty Marcin de Porrès jest szczególnie znany i ceniony za cuda, które zdziałał jeszcze za swojego życia, ich właściwa liczba jest niemożliwa do skatalogowania, a tym bardziej zmieszczenia w tak krótkim opracowaniu jego biografii. Często okazywał niesamowitą wręcz znajomość ludzi, drzemiących w ich sercach sekretów, ich potrzeb, a nawet i ich przyszłych losów. Przynosił biednym jedzenie w koszyku, który rzadko widziany był pusty. Posiadał dar uzdrawiania. By towarzyszyć innym, przechodził przez zamknięte drzwi i przemierzał olbrzymie przestrzenie – i to do tego stopnia, że pojawiał się w dwóch miejscach w tym samym czasie. 

Jeśli te przykłady wydają się zbyt odległe od naszych pełnych niedowierzania czasów, spójrzmy na przykłady współczesnych świętych, takich jak Ojciec Pio czy Matka Teresa z Kalkuty. Bóg zdaje się chodzić ręka w rękę ze swymi ukochanymi dziećmi, zsyłając przez nich deszcz niesamowitych przysług i przychylności na resztę nas, biednych grzeszników. Święci i święte nigdy nie opisują tych mocy jako swoje własne, i na tym polega ich sekret: na całkowitej ufności w Bogu dla dobra dusz.

Poniższe historie przedstawiają jedynie kilka z licznych cudów zapisanych w ciągu życia świętego Marcina.

Przez zamknięte drzwi

Pewnej nocy brat Mateusz de Barasa był bliski śmierci. W tym stanie zaczął wypytywać o Marcina. Ponieważ jednak nowicjat był osobnym miejscem, zamkniętym i pilnie strzeżonym przez mistrza nowicjatu, odźwierny pośpieszył po klucz. Kiedy powrócił, by powiadomić chorego, że może już udać się po Marcina, zaskoczył go widok poszukiwanego zakonnika, który z niezwykłym spokojem ducha pocieszając umierającego młodzieńca, na którego ustach błądził uśmiech. Z czasem stało się to normą w klasztorze, że drzwi, nawet zamknięte na klucz, nie powstrzymywały Marcina przed jego działalnością i miłosierdziem.

Duchowa intuicja

Marcin kierował się nadzwyczaj dokładnymi przeczuciami w przebiegu choroby swoich pacjentów. Według osób postronnych odróżniał od razu osoby, które miały wyzdrowieć, od tych, którymi nie dane było cieszyć się tą łaską. W rzeczy samej narzekających na rzadkie jego wizyty uspokajał: 

– Nie martw się. Jeśli nie widzisz mnie często przy twoim łóżku, to znak, że twoje zdrowie nie jest zagrożone.

Zgromadzenie zaczęło dostrzegać w zachowaniu brata de Porrès pewną regularność i szybko stało się ono rodzajem barometru wskazującego los zmarłych mnichów po śmierci. Marcin albo przekonywał żarliwie do modlitwy za duszę zmarłego, albo milknął z wyrazem radości na twarzy.


 

Uleczenia i wyzdrowienia

Kiedy Marcin wnosił swoje modlitwy o cudowne uleczenia do Boga, wiedział, że zarówno chorzy, jak i świadkowie tych wydarzeń siłą rzeczy przypiszą mu wszelkie zasługi za wynikłe z nich łaski. Z tego powodu starał się zachowywać szczególną ostrożność w swoich działaniach, odwracając uwagę od swojej osoby i chowając się zwykle pod osłoną jakiegoś rodzaju zjawiska natury lub zwyczajnego lekarstwa.

Przykładem służyć tu może przypadek pani Izabeli Ortiz de Torres, która była kobietą na wskroś dobrą i dobrze znaną Marcinowi jako przyjaciółka. Dotknął ją przy tym straszliwy krwotok, którego nie można było żadnym sposobem powstrzymać. Doktorzy nie dawali jej szans na przeżycie. Tak znalazła się na łożu śmierci. Gdy wydawało się już, że Pan wkrótce przywoła Izabelę do siebie, Marcin przybył czuwać przy wezgłowiu chorej i uspokajać ją, wielokrotnie zapewniając, że nie wybiła jeszcze jej godzina. Pod koniec tej spokojnie przebiegającej wizyty zrobił jeszcze jedną, z pozoru niepozorną rzecz: zalecił jej zjeść przyniesione przez siebie jabłko. Izabela zjadła owoc, a w przeciągu pięciu dni jej dolegliwości ustały i była z powrotem zdrowa.

Kiedy Juan de Figueroa został dotknięty kolejną z szeregu chorób, które zdawały się prowadzić go prosto do grobu, Marcin pojawił się z wizytą, oferując słowa pociechy i obietnicę wyzdrowienia. W nagłym pośpiechu i bez dodatkowych tłumaczeń opuścił chorego, zostawiwszy przy tym małą buteleczkę, której zawartość Juan wypił. Wydawało się, że nie było to nic innego niż zwykła woda – jednak kiedy tylko znalazła się w jego ustach, ból gardła przeminął, a krtań mężczyzny była wyleczona.

Ojciec Juan de Barbazan już po śmierci świętego spisał swoją relację z wydarzeń pewnej nocy, kiedy obudziło go głośne pukanie do drzwi celi. Ojciec Louis de Guadalupe był umierający i potrzebował ostatnich sakramentów. Ojciec Juan został poinformowany, że nie można stracić ani minuty. Niezwłocznie udał się do umierającego, który wtenczas nie był już w stanie mówić, a oddychanie sprawiało mu ogromny wysiłek, z którym ledwo dawał sobie radę. Rozgrzeszenie musiało zostać udzielone bez uprzedniej spowiedzi.

W tym samym czasie przybył i Marcin z koksownikiem wypełnionym żarem na podorędziu. Odkrywając kołdrę, spytał o położenie źródła dolegliwości, chciał bowiem je ogrzać. Ojciec Louis z trudem wziął zakonnika za rękę i naprowadził na bolące miejsce, przyciskając tam jego dłoń. Dotyk przyniósł choremu ulgę tak wielką i tak wyraźną poprawę, że sam po chwili zakrzyknął: 

– Niech będzie błogosławiony Bóg Wszechmogący i ten oto jego sługa! Ból minął!

Marcin był zaskoczony niespodziewanym dziełem swojej ręki i brakiem możliwej przykrywki dla tego cudu. Protestując, pośpiesznie opuścił pomieszczenie.

Działo się to podczas karnawału w Limie roku Pańskiego 1630. Brat Louis Gutierrez, jako siedemnastoletni zgoła chłopaczek, cieszył się bardzo dobrym humorem, z ekscytacją odliczając czas do słynnej procesji religijnej w klasztorze dominikańskim pod wezwaniem świętej Marii Magdaleny. W wolnym czasie postanowił spłatać figla innemu nowicjuszowi, trzymającemu właśnie kawałek owocu. Podkradł się do niego i zza pleców spróbował podkraść mu posiłek. Z zaczepki przerodziła się przyjacielska szarpanina. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby drugi chłopiec nie trzymał w drugiej ręce nożyka do owoców, który przez przypadek rozciął dwa palce brata Louisa – na dodatek dość groźnie.

W przestrachu, że wynikła ze szczeniackiej zabawy rana spowoduje co najmniej upomnienie ze strony mistrza nowicjatu, Louis obwiązał palce jak najmocniejszym bandażem. Nie był to jednak najrozsądniejszy pomysł – nie minęły bowiem trzy dni, kiedy całe ramię zaczęło go boleć przy każdej, bodaj najlżejszej próbie ruchu. Zrobiony po domowemu opatrunek został odwinięty, odsłaniając spuchniętą dłoń, posiniałe palce z widocznym stanem zapalnym i jednego z nich zwisającego zupełnie bezwładnie; został bowiem najwyraźniej przecięty jeden z jego nerwów. Nie była to już zabawa. Wiedział, że jego stan był poważny, ponieważ każda infekcji niosła ze sobą wielkie ryzyko.

Tak się akurat złożyło, że tego dnia Marcin przybył w odwiedziny do brata Jana Maciasa ze świętej Marii Magdaleny. Brat Louis popędził więc do niego jako znanego lekarza ze swoją ręką. Gdy tylko ją pokazał, Marcin zdał sobie sprawę, z jak ciężkim przypadkiem ma do czynienia. Wyglądało na to, że pojawiła się już gangrena. Jego oku nie umknął także wyraz panicznego strachu w oczach młodzieńca.

– Nie martw się, mały! Twoja rana brzydko się goi i jest bardzo niebezpieczna, ale Bóg cię uzdrowi – zapewnił.

Marcin zaprowadził swojego pacjenta do ogrodu, gdzie znalazł roślinę zwaną ziołem świętej Marii i skruszył kilka z jej listków w palcach. Następnie nałożył je na zaognione rany i wykonał nad nimi znak krzyża. Louis, niedowierzając w skuteczność tak prostego lekarstwa, spytał: 

– To wszystko?

–Tak, to wszystko – odparł Marcin. – Wracaj już do swojego nowicjatu i bądź dobrej myśli!

Mimo początkowego zwątpienia Louis zauważył, że opuchlizna zaczęła schodzić, a ból powoli mijał. Następnego ranka jego palce były uzdrowione i nie było na nich już ani jednego śladu po przebytym zakażeniu. Zostały tylko blizny, które ojciec Louis jeszcze za swojego życia okazywał jako dowód w procesie beatyfikacyjnym Marcina w roku 1660, trzydzieści lat po tych wydarzeniach.


 

Lewitacja

Przy okazji innego trzęsienia ziemi ojciec Pedro de Mendoza powstał z modlitwy przed ołtarzem różańcowym. Akurat miał zamiar rzucić się do ucieczki w obawie o własne życie, kiedy podniósł wzrok i dostrzegł coś, przez co osłupiał, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. W górze, wzniesiony nad ziemię na wysokość figury świętego Dominika, znajdował się brat Marcin. Zupełnie nieporuszony gwałtownymi wstrząsami, modlił się spokojnie w stanie przypominającym ekstazę i z jaśniejącą twarzą. Posąg świętego patrona wydawał się nieco ożywiony w odpowiedzi; nic zatem dziwnego, że ojciec de Mendoza długo nie mógł oderwać wzroku od tego widoku. Następnie przepełniło go poczucie bezpieczeństwa i opieki ze strony założyciela zakonu. Z powrotem uklęknął na swoim miejscu i zanurzył się w modlitwie.

Wielu zakonników było świadkami zewnętrznej manifestacji Marcina przyciąganego w górę, w stronę krucyfiksu lub innego świętego wizerunku, widziano go także zstępującego z góry. Kiedy ojciec Antoni Arce umierał, zapragnął zobaczyć Marcina u swojego boku. Kilku księży popędziło korytarzami w poszukiwaniu brata, którego znaleźli w siedzibie kapituły, wiszącego w powietrzu z ustami przytkniętymi do przekłutego boku ukrzyżowanego Pana. Kiedy zniżył się do nich, powiedział: 

–Powiedzcie ojcu Antoniemu, żeby więcej nie obciążał się już żadnymi terapiami czy lekami, ale niech przygotuje się na śmierć. Musi teraz podążyć drogą, którą wszyscy kiedyś pójdziemy. 

Ojciec Arce zmarł czternaście godzin później.

Inne znaki Bożej łaski i płomiennej miłości, którą darzył Go Marcin, zostały zaobserwowane przez członków zgromadzenia, gdy promienie wspaniałego światła pojawiły się wokół niego jak najprawdziwsza aureola, a także gdy jego twarz płonęła również w ciemnościach blaskiem.

Marcin był wielce oddany swojemu aniołowi stróżowi i wszystkim aniołom świętym. One same wydawały się z kolei oddane jemu. Będąc szczególnie oddanym Maryi Dziewicy, Marcin zawsze brał aktywny udział w godzinkach, odmawianych we wczesnych godzinach porannych, najprawdopodobniej przed godziną trzecią w nocy. Pewnego razu musiał być na nie spóźniony lub stanęło mu coś na przeszkodzie, bo kilku zakonników widziało go pędzącego w asyście dwóch aniołów. Innego razu widziano go w eskorcie czterech aniołów, widzialnych w postaci pięknych młodzieńców trzymających świetlne pochodnie.


 

Kuszony przez szatana

Zły, rzecz jasna, nie mógłby przegapić takiej sytuacji. Pewnej nocy Marcin śpieszył się do szpitala. Niosąc ze sobą niemały ciężar, zapalony koksownik i przybory medyczne, postanowił skrócić swoją drogę. Klatka schodowa, którą wybrał, znajdowała się w tak złym stanie, że uznano ją za zagrażającą bezpieczeństwu przechodniów i opuszczono. O ile więc zakonnik wiedział, że nie powinien tego robić, nie spodziewał się, że spotka tam potwora.

– Co tu robisz, pomiocie Szatana!

Złowroga zjawa odpowiedziała Marcinowi, że jej zamiarem było zniszczenie duszy świętego i odmówiła rozkazowi opuszczenia jego boku. W obliczu tak oczywistego zagrożenia Marcin odłożył swój dobytek na ziemię, wyciągnął swój pas i ruszył w kierunku demona. Ten przestraszył się niespodziewanego ataku i przyczaił się w cieniu, z którego wypełzł. Dostrzegłszy to, święty chwycił rozpalony węgiel i z jego pomocą wykonał znak krzyża na pobliskiej ścianie. Demon uciekł. Następnego dnia Marcin powrócił w to miejsce, zawiesił drewniany krzyż w miejscu narysowanego i upewnił się, żeby w pobliżu schodów zawsze palił się ogień.

W pewnym momencie zwierzchnicy Marcina postanowili umieścić w jego celi towarzysza, brata Fulano de Miranda. Ten to zakonnik obudził się w środku nocy, słysząc głośne huki, ryki i jęki. Szybkie przeszukanie pomieszczenia wzrokiem nie wykazało żadnego nieporządku; to sprawiło, że zaczął podejrzewać jakąś demoniczną obecność. Wtem, jak stosownie ilustruje samo to wyrażenie, rozpętało się piekło. Ściany zatrzęsły się i wybuchły płomienie, wypełniając pokój dymem. Brat Fulano nie mógł swobodnie oddychać. Zamykając oczy w przestrachu, krzyknął do Marcina, by nie pozwolił mu się udusić. Jednak Marcin, który potrafił rozpoznać diabelskie sztuczki, kazał mu się uspokoić i zachować ufność w Boże wstawiennictwo. Poprosił go o otwarcie oczu. Piekielna iluzja minęła bez śladu; nie było żadnego pożaru, nic nie ucierpiało, wszystko stało w największym porządku jak wcześniej.

Ten incydent stał się obiektem zażartych dyskusji i został doniesiony do uszu ojca Andrzeja de Lison, który sprawował w tym czasie funkcję mistrza nowicjatu, a szanowany był szczególnie za swoją inteligencję i zdrowy rozsądek. Wypowiedział się wówczas:

– Wierzajcie mi, ten skromny brat to wielki święty! Powinniście darzyć go szacunkiem i naśladować jego zachowanie. Straszne wydarzenia, których opis właśnie usłyszałem, są świadectwem jego mocy nad demonami. Z pewnością nie była to pierwsza okazja, w której jego świętość – a zwłaszcza czystość i wiara – zwyciężyły zastępy piekielne!


 

Pierwszy nowy habit

Mimo tego Marcin pozostał w Limie, niespodziewanie ukazując się pewnego dnia w nowym habicie. Dla obcej osoby nie wydawałoby się to niczym dziwnym, jednak wywołało niemałe zdziwienie wśród pozostałych braci, ponieważ wydało się mocno odbiegać do charakteru zakonnika. W ciągu czterdziestu pięciu lat spędzonych w klasztorze ani razu nie widziano go bowiem w innym od jego pierwszego habicie.

Ojciec Juan de Barbazan, naśladujący Marcina swoim prostym stylem życia, zapytał go o tę zmianę. Podejrzewał bowiem, że mogła ona oznaczać czynione przez świętego przygotowania do podróży do Meksyku. Odpowiedź nie była jednak taka, jak się spodziewał, ale jeszcze bardziej szokująca.

– To jest habit – powiedział Marcin z uśmiechem – w którym zostanę pochowany.

Kilka dni później dopadła go wysoka gorączka. Bóg wyjawił mu, że to jego ostatnia choroba, przez którą już wkrótce miał opuścić ten świat. Przyjaciel świętego Marcina, Juan de Figueroa, w późniejszym czasie potwierdził te informacje, składając swoje świadectwo niespotykanej intuicji Marcina co do dokładnego czasu jego śmierci. A stało się to tak, że kiedy Juan został dotknięty ciężką sytuacją życiową i stracił wszystko, co posiadał, za jego nieszczęściem podążyła – wydawałoby się, że śmiertelna – choroba.

– Proszę, obiecaj mi, że będziesz się za mnie modlił, kiedy będę leżał w agonii, mój przyjacielu – Juan błagał świętego Marcina.

– Umrę jeszcze przed tobą, drogi Juanie, więc to ty będziesz musiał modlić się za mnie – brzmiała odpowiedź Marcina. Powiedział ponadto Juanowi, że zostaną pochowani we wspólnym grobie.

Zakonnicy, zaalarmowani nagłym upadkiem na zdrowiu świętego, wezwali lekarza. Ten po dokładnym zbadaniu chorego i zauważywszy, jak wielkie męki sprawia mu gwałtowny ból głowy, kazał natychmiast przyrządzić okład z krwi świeżo zabitych młodych kogucików. Marcin, który wzorem świętego Franciszka z Asyżu od małego szczególnie umiłował sobie wszystkich z braci mniejszych, spokojnie odmówił doktorowi, tłumacząc, że szkodą byłoby zabijać te biedne zwierzęta, kiedy ta ofiara i tak miałaby pójść na marne.

W tym momencie już wszyscy nabrali pewności, że śmierć zataczała coraz niższe kręgi i gotowa była w każdej chwili porwać chorego brata w swoje szpony. Marcin leżał na swoim łóżku zbitym z desek, ubrany w znoszone płótno workowe. Udręczony tym widokiem, lekarz poprosił go o założenie tuniki ze zwykłego materiału i położenie się w normalnym łóżku. Chociaż Marcin posłusznie wykonał to polecenie, jednak nie minęło dużo czasu, aż sam zaczął prosić i błagać o cofnięcie tej zmiany. Nie był przyzwyczajony do takich warunków, choć nawet w Limie nie były one uważane za coś wyjątkowego. Jednak Marcinowi wydawały się zbyt wygodne i luksusowe, by czuć się w nich dobrze. Trawione gorączką całe jego ciało zdawało się obolałe i nawet jego serce przedzierał przeszywający ból. Mimo to ani jedno słowo skargi nie padło z jego ust. Ze swoim jak zwykle spokojnym wyrazem twarzy i łagodnym uśmiechem trwał dzielnie na łożu śmierci, gdzie poczęli zbierać się coraz to liczniejsi bracia, przyciągani jego świetlistym obliczem.

Podczas dni, przez które Marcin zwlekał ze swym odejściem, wielu przychodziło do niego z ostatnią wizytą. Wśród gości byli i prostaczkowie, którym niegdyś z taką miłością pomagał, a którzy chcieli choć raz jeszcze skorzystać z jego błogosławieństwa lub innej łaski. Przedstawiciele miejscowej arystokracji, ważne osobistości ze świata polityki i dygnitarze kościelni także zasilali procesję przemierzającą przez celę umierającego. Jednego dnia do zakonu przybył nawet wicekról we własnej osobie. Ujrzawszy Marcina w ekstazie, nie chciał mu przeszkadzać i czekał cierpliwie przez ponad pół godziny na upragnione spotkanie. Kiedy w końcu został przyjęty, upadł na kolana i błagał świętego, by w Peru zapanował wreszcie pokój, a on sam otrzymał łaskę dobrej i szczęśliwej śmierci. Marcin obiecał spełnić jego prośby, a wicekról opuścił klasztor podbudowany na duchu i w dobrym nastroju.

Jednakże zwierzchnik Marcina nie był zadowolony z przebiegu wydarzeń i żądał wytłumaczenia, jakiej to wielkiej wartości była wizja, przez którą tak ważna persona musiała czekać tak długo na widzenie. Marcin odpowiedział:

– W pobliżu tego ołtarza, gdzie zwykło się u nas przechowywać Najświętszy Sakrament, który wkrótce zostanie mi podany w formie wiatyku, objawiła mi się Maryja Dziewica, moja święta patronka i niebiańska orędowniczka. Nie była jednak sama: u jej boku stał święty ojciec Dominik, święty Wincenty Ferreriusz, inni święci Pańscy i grono aniołów. Konsekwentnie, doznawszy tak wielkiego zaszczytu ze strony niebiańskich gości, nie uważałem, żeby wypadało mi odmówić ich szlachetnego towarzystwa dla ziemskiego wicekróla. Święty Jan Apostoł spisał przecież słowa naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa: „Królestwo moje nie jest z tego świata”. Ziemskie królestwa przemijają, tak samo jak ich wicekrólowie, bardziej niestosownym wydaje się więc raczej porzucanie niebiańskich osobistości dla ludzkiego władcy niż kazanie mu czekać”.


 

Niemile widziany gość

Jedynym niemile widzianym gościem, który przekroczył próg pokoju umierającego, był diabeł we własnej osobie. Namawiał on Marcina, aby przestał odmawiać swoje modlitwy i zaczął patrzeć na siebie jak na świętego – święci przecież nie potrzebują modlitw ani miłosierdzia. Wobec tak podłych zamiarów nieczystego ducha zakonnik podwoił swoje pokorne starania, lecz nie udało mu się odgonić od siebie potwora. Trwał on dalej w swoim zamiarze przełamania woli człowieka, a bracia obserwowali tę walkę w napięciu, wspierając Marcina swoją szczerą modlitwą. W końcu jeden z nich nie wytrzymał i krzyknął: 

– Bracie Marcinie, nie kłóć się z demonem, który potrafi swoimi sofizmatami sprawić, by białe wyglądało na czarne i czarne na białe.

Na te słowa Marcin otworzył oczy i z łobuzerskim uśmiechem zapewnił zakonnika: 

– Bracie, nie lękaj się! Demon nie będzie marnował sofizmatów na kogoś, kto nie jest teologiem. Jest zbyt dumny, żeby używać ich przeciwko biednemu mulatowi!

W obliczu tak żartobliwej ironii Szatan przerwał swój atak na chwilę. Miał powrócić dopiero po jakimś czasie z nową taktyką, by przerazić Marcina i nakłonić go do zwątpienia. W tym momencie jednak święty zapewnił swych towarzyszy, że Maryja Panna, święty Józef, święty Dominik, święta Katarzyna z Aleksandrii i święty Wincenty Ferreriusz byli obecni przy jego łożu i wspierali go w tym trudnym momencie śmierci.

Gdy ta zbliżała się coraz bliżej, Marcin żarliwie przyjął ostatnie sakramenty. Po gwałtownym ataku dał znak, że nastał czas, aby zwołać członków zakonu. Nawet i uzdrowiony przez niego arcybiskup Meksyku zjawił się wśród licznych dominikanów. Objąwszy ręce na krucyfiksie, niegdyś tak często przez niego całowanym w modlitwie, Marcin poprosił o przebaczenie za wszystkie urazy, jakie kiedykolwiek komukolwiek mógł spowodować i wyznał, że zachowywał się zbyt niestarannie w swojej służbie Bogu. Poprosił też o modlitwy za swoją duszę.

Zgromadzeni pogrążyli się więc w modlitwie za umierającego. Po wyśpiewaniu Salve Regina rozpoczęli recytację wyznania wiary. Przy słowach „Et homo factus est” („I stał się człowiekiem”) Marcin, z krucyfiksem w skrzyżowanych dłoniach i uśmiechem na ustach, odszedł z tego świata, przybierając wygląd jakby pogrążonego we śnie dzieciątka. Było to około godziny dziewiątej wieczorem dnia 2 października roku 1639. Marcin przeżył równe sześćdziesiąt lat swojego życia, czterdzieści cztery z nich spędziwszy na posłudze Pańskiej jako dominikanin.

Gdy modlitwy dobiegły końca, arcybiskup był do tego stopnia przejęty, że słowa więzły mu w gardle i nie mógł wydać z siebie nic ponad dwa zdania: 

– Moi drodzy, brat Marcin pokazał nam właśnie, jak powinno się umierać. To najtrudniejsza i najważniejsza lekcja, jakiej można się nauczyć.

   

Koszyk  

Twój koszyk jest pusty!
   
   

Bądźmy w kontakcie  

Zapraszamy do skorzystania z biuletynu!

Wpisz email:
Twoje imię:

   

Polecane książki  

ksiazka nie zla przydalalaby sie druga czesc.. ...»
Joanna
   
   

Nie przeocz!

"Bartolo Longo. Od kapłana szatana do Apostoła Różańca" to beletryzowana biografia wyjątkowego człowieka, patrona tej strony internetowej.

Z dna piekła na ołtarze Kościoła. Oto w skrócie życiorys bł. Bartola Longa. Kapłana szatana, spirytysty, a po nawróceniu oddanego sługi Królowej Różańca Świętego. Wszystko co osiągnął zawdzięczał różańcowi. Z różańcem w ręku zbudował najważniejsze różańcowe sanktuarium świata, nowe miasto Pompeje i wielkie dzieła miłosierdzia w nim. Bł. Jan Paweł II nazwał go „wzorem dla współ­czesnych świeckich katolików”.

Długo wyczekiwana biografia nareszcie po polsku! Tylko 19,50 zł!

Więcej...

   

Promocje

Cuda i łaski św. Teresy z Lisieux
pds_stock Stock: 448
18,50 zł 16,80 zł
Na podstawie 3 recenzji.
Dwie książki o Pompejach i bł. Bartolo Longo
pds_stock Stock: 50
44,50 zł 35,70 zł
Na podstawie 1 recenzji.